Tak. Jestem hipochondryczką.

I co z tego?

Fundacja HipochondRAK stworzona została z myślą o wszystkich tych, którzy tak jak ja, panicznie boją się ciężkich chorób i śmierci. Wiem, że brzmię patetycznie lub banalnie, ale tak jest: boję się umierać.

Dzisiaj rano, budząc się, wpadł mi do głowy  pomysł napisania tego artykułu, a zaraz potem kolejna myśl: dlaczego wpadłam na to dopiero teraz? Nie wiem.

Moja historia związana z hipochondrią ma swój początek w momencie, w którym byłam jeszcze studentką. Pamiętam dokładnie pierwszą nieprzespaną noc, która przemieniała się w kolejne nieprzespane noce, kolejne dni i tygodnie cholernej bezsenności. Pobyt w szpitalu, wizyta u psychiatry, leki uspokajające, terapia przez kilka miesięcy. Pomogło. Zawsze było lepiej, kiedy byłam otoczona ludźmi, czułam się bezpiecznie i osiągałam wyznaczane cele. Odrzuciłam bezsenność, która po jakimś czasie odeszła w niepamięć. Pomyślałam, że to był tylko taki czas w moim życiu: dużo wtedy  podróżowałam, sporo koncertowałam, ciało na chwilę oszalało.

Pamiętam moment, w którym po raz pierwszy przestraszyłam się, że jestem psychicznie chora. Jechałam samochodem, jako pasażer, razem z moim ówczesnym partnerem. Kierowaliśmy się na południe Francji. Na tylnym siedzeniu była mama Sebastiana. Rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym… i nagle, ta myśl: a gdybym teraz, w tym momencie położyła rękę na kierownicy i po prostu obróciła nią o 180 stopni? Ta myśl przeraziła mnie, sparaliżowała wręcz, na chwilę zamarłam. Nie wiedziałam co się dzieje, straciłam oddech. Jak to zawsze ja- po prostu rozmawiałam dalej, rozmowa zdawała się ciągnąć w nieskończoność a myśli na temat kierownicy pulsowały w mojej głowie i w całym ciele. I strach… Że:  this is it… jestem chora, zwariowałam, zamkną mnie w szpitalu, co ludzie powiedzą, zaraz zemdleję, wszyscy mnie znienawidzą…

Wiem jak to brzmi. Nawet kiedy czytam ten artykuł któryś już raz, jego brzmienie wydaje się głupie, błahe, bezsensowne. Może dlatego tak trudno przychodziło mi werbalizowanie moich myśli. Bałam się odrzucenia.

Wtedy dopiero zaczęłam interesować się nerwicą. Zaczęłam wczytywać się w fora internetowe, rozmawiać z ludźmi na ten temat. Co ciekawe, okazało się, że spora część moich znajomych też zastanawiała się co by z tą kierownicą się stało. O ile było mi lżej, kiedy stałam się świadoma, że nie jestem jedyna mająca ten problem. Takie lęki trwały u mnie przez dwa lata. Po czasie nauczyłam się sobie z nimi radzić. Dzisiaj, kiedy się pojawiają, zadaję sobie w duchu jedno, podstawowe pytanie: po co miałabym to robić? Moje ciało jakby się przyzwyczaiło do tego stanu a ja przestałam się  panicznie bać.

Ale spokojnie. To był dopiero początek góry lodowej, początek stanów depresyjno-lękowych, o których wówczas w ogóle nie miałam pojęcia.

Tutaj się zatrzymam na moment, żeby ten kto czyta to co piszę, z nadzieją, że odnajdzie w tych zdaniach jakąś pomoc mógł przeczytać rzecz najważniejszą: że nie jesteś sam tkwiący w takim lęku i jest nas bardzo wielu.

Chęć na założenie fundacji pojawiła się w momencie, w którym moje zawroty głowy sięgały zenitu- przynajmniej wtedy tak mi się wydawało, bo jak się okazało, później było jeszcze gorzej.  Pamiętam, że pracowałam w restauracji, dorabiałam jako kelnerka, było bardzo ciepło, biegałam między stolikami, czułam bardzo duże napięcie w kręgosłupie, stanęłam przy jednych z gości i wtedy poczułam, że zaraz zemdleję. Oczywiście nigdy nie zemdlałam, ale strach przed omdleniami zapanował nad całym moim życiem. Od jednego zawrotu tygodniowo, do zawrotów głowy mających miejsce 24 h na dobę. Co za tym szło? Panika, rozwalony kręgosłup, setki badań, napady gorąca, agorafobia, nerwica natręctw, stany depresyjne, brak sił, kołatanie serca, izolacja. Doszłam do stadium, w którym odebranie od kogoś telefonu napełniało mnie stresem nie mówiąc o spotkaniu biznesowym.. broń Boże. Między innymi z tego powodu, nad tworzeniem fundacji pracuję z moją ukochaną przyjaciółką Kasią, która jest wprawiona w takie sprawy i w wielu kwestiach mnie wyręcza. Zawroty głowy dziwnie znikały, w momencie odprężenia, poczucia bliskości, seksu, zapewnień. Nauczyłam się wyciszać głos w telefonie. Powoli uczę się mówić «nie» i ograniczać kontakty z ludźmi do minimum. Już nie ze strachu, ale z poczucia komfortu. Jestem i zawsze byłam osobą wrażliwą na różne bodźce, pochodzące zarówno ze sfery uczuciowej czy zawodowej. Bodźców w pewnym momencie było tak wiele, że ciało zaczęło krzyczeć o wytchnienie. Zrobiłam mnóstwo badań, które nie wykazały wiele, chociaż, jako hipochondryk, liczyłam na to, że coś wykażą. Wszystko mnie męczyło, wszystko i wszyscy. Nie cierpiałam życia, bo tak bardzo mnie męczyło. A najbardziej mnie męczyło to, że ja, jako osoba społeczna, twórca i kompozytor, zaczęłam mieć problemy na tle interpersonalnym. Moja głowa ograniczyła moje życie społeczne do minimum. Wstawałam rano i pierwsza myśl, która mi towarzyszyła to taka, że na pewno zaraz umrę, albo jeśli nie zaraz to jutro albo za tydzień. Że na pewno będę umierała śmiercią powolną, będę cierpieć, nie będę mogła już korzystać z uroków życia. Idąc na piwo ze znajomymi umierałam ze strachu, że nie będę mogła się z nimi cieszyć. Chodząc po mieszkaniu bałam się, że upadnę i że nikt mnie nie usłyszy, kiedy będę wołać o pomoc. Ile razy zdarzało się, że moi przyjaciele przyjeżdżali NAGLE do mnie, bo panikowałam do tego stopnia, że nie mogłam chodzić. Tak, mało osób o tym wie a dzisiaj niech dowiedzą się wszyscy. Jest mi z tym dobrze, dzieląc się z Wami tymi informacjami. Uwalniam się i wiem, że czujecie podobnie. Wycieczki do centrów handlowych, głośnych i przeludnionych były dla mnie katorgą, zawsze wychodziłam stamtąd oblana potem, nie robiąc ostatecznie żadnych zakupów, bo : co by było, gdybym nagle się przewróciła gdzieś między regałami? Co powiedzieliby ludzie? Czy pomogą? Centra handlowe, małe przestrzenie z dużą liczbą osób paraliżowały mnie, nienawidziłam siebie, miałam do siebie żal i pretensje. Mówiłam sobie, że jestem słaba, za słaba, że nie potrafię, że nikt mnie nie pokocha, że wszyscy mnie odrzucą. Co najlepsze, im bardziej chciałam przekonywać wszystkich do tego, że wszystko jest w moim życiu cudowne, tym bardziej kłamałam. Okłamywałam siebie i innych wmawiając i im i sobie samej, że jestem szczęśliwa.

Nie. Nie byłam szczęśliwa i byłam zjedzona przez lęk, paraliżujący lęk, uniemożliwiający wyjście z domu.

Paniczny lęk przed zachorowaniem na raka, stał się chroniczny. Ktoś, kto takiego lęku nie przeżył, napisze w komentarzu albo w mailu, że chyba nie znam prawdziwego cierpienia, więc może lepiej, żebym już nic nie mówiła. Spotkałam się z takimi opiniami: idź na oddział onkologii dziecięcej, to się dowiesz co to cierpienie, albo, moja kuzynka ma raka i umiera od kilku lat, może lepiej zacznij się cieszyć życiem. 

Tylko że to nie do końca tak.

Dzieci głodują, w wielu krajach panuje nędza i wojna, małżeństwa się rozpadają, ludzie umierają na stołach operacyjnych, ktoś nie ma wody do picia a ktoś inny całe życie spędza na wózku inwalidzkim. Mój lęk to nie brak empatii w stosunku do innych. Szanuję szczęście i nieszczęście innych osób, każdego z osobna szanuję. Ale jeśli się boję, to nie mam zamiaru jeszcze dodatkowo wpędzać się w poczucie winy, ponieważ inni cierpią bardziej. Nie. Mówię stanowcze nie. I jeśli ktoś nie chce mi pozwolić się bać, to proszę bardzo. Jeśli ktoś nie ma takich problemów jakie mam ja- zazdroszczę, choć pewnie ma inne, gorsze czy mniejsze. Jeśli ktoś mówi mi prosto w twarz, że «przewraca się tym ludziom dzisiaj w dupie, może idź popracuj» to niestety, nie, nie zgodzę się  z taką opinią. Każdy z nas ma prawo do swoich lęków, każdy ma prawo powiedzieć głośno, że boi się śmierci i poważnej choroby, każdy z nas ma prawo przeżywać ten strach na swój sposób.

Ta strona internetowa i Fundacja HipochondRAK, właśnie temu mają służyć: swobodnemu wypowiadaniu się na temat swoich panicznych lęków. Chciałam stworzyć warunki osobom, które z poczucia winy nie mówią nic, wszystko trzymają w sobie i jadąc zatłoczonym autobusem boją się powiedzieć innym pasażerom, że jest im słabo, że zaraz stracą przytomność. O ile łatwiejsze byłoby nasze życie, gdybyśmy W końcu mogli otwarcie rozmawiać? Ja się tego nauczyłam, ale uczyłam się tego przez lata. Mówię wszystkim dookoła, że jestem hipochondrykiem i nie wstydzę się tego. Mówię wszystkim, że boję się zachorować na raka, bo o raku mówią dzisiaj wszyscy i najpewniej wszyscy na raka umrzemy. Mówię wszystkim, że się boję i wiecie co? Jest mi łatwiej.

A teraz już na spokojnie, ponieważ poniosły mnie emocje, ale to nic. Jest jeszcze jedna rada na wszystkie lęki:
Miłość. Bycie docenianym. Bycie wysłuchanym. Bycie zrozumianym. Bycie chcianym. Bycie pożądanym. bycie zaakceptowanym. Bycie sobą. Bycie przy kimś. bycie chronionym. Bycie karmionym. Bycie zadbanym. Bycie po prostu kochanym. Miłość do siebie samego. 

Będę pisać na pewno często. Chętnie poczytam o Waszych dolegliwościach. Chętnie dowiem się co w Was jest. Podzielmy się i wymieńmy informacjami. I przede wszystkim: otwórzmy się.